piątek, 9 grudnia 2011

Chin up!

Strona przeszła lifting. Wojciech A. Rapier, facet, który odnalazł mnie w sieci i założył fanowską stronę dał mi do zrozumienia, że mój blog w dotychczasowej formie, nie nadąża za czasem i oczekiwaniami. Być może i teraz niewiele się w nim poprawiło (co będę starał się zmienić), jednakowoż, w moim przekonaniu, nie nadąża on teraz z pewną, powiedzmy sobie, klasą; co więcej, cały czas przyśpiesza. Poprzedni "visage" można było o kant dupy potłuc - na samo wspomnienie jeżą mi się włosy na głowie. Jeżeli oficjalny blog oddaje mój szacunek do czytelników i vice versa, to cieszę się, że nie spłonąłem na stosie. Mea culpa. Biorę się do roboty.

wtorek, 6 grudnia 2011

Voletta Villas 1938 - 2011

Violetta Villas nie żyje - to pierwsza wiadomość jaką usłyszałem dziś rano po włączeniu telewizora. Właściwie nazywała się Czesława Maria, to z kolei informacja, którą zaczerpnąłem (natychmiast) z Wikipedii. Nigdy nie interesowałem się życiem ani twórczością Violetty Villas, kiedyś słyszałem ją w duecie z Kazikiem (który zakwalifikowałem jako muzyczne kuriozum), ale martwa gwiazda, to gwiazda sto razy mocniej pociągająca niż gwiazda żywa, dlatego też teraz wiem o Violettcie wszystko. Wiem gdzie się urodziła, wiem że jej ojciec był górnikiem i kapelmistrzem w orkiestrze. Wiem, że posiadała słuch absolutny i mówiła biegle w języku francuskim i walońskim. Że śpiewała w duecie z Paulem Anką i Frankiem Sinatrą. Że czasami wjeżdżała na scenę na białym koniu. Poniewczasie. Z taką wiedzą będę zapewne brylował w "kulturalnym" towarzystwie, choć zapewne dość krótko, niedługo bowiem wszyscy rzucą się na jej biografię i zaroi się od podobnych mi kanapowych ekspertów. Szkoda tylko, że nie śledziłem ostatnich lat jej życia, lat podczas których zapomniana przez ogół, staczała się gdzieś (gdzie?) powolutku na samo dno; szkoda, że tak naprawdę nic mnie one nie obchodziły. W związku z powyższym piszę te słowa borykając się z palącym wstydem. Albowiem ile by człowiek się nie starał, koniec końców, najmniej się tego spodziewając, okazuje się sępem, który dba tylko własny żołądek, patrzy na świat z góry, a na ziemię opada wyłączne, gdy poczuje zapach medialnej padliny. Mało tego, ta padlina musi spełniać pewne zawyżone standardy; jestem tego pewien, skoro sam sobie zadaje pytanie: czy przejąłbym się tak  śmiercią anonimowego Kowalskiego? Pewnie nie. Źle mi z tą pewnością.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Panowie, to nie ja biłem!

Święta w Polsce to ewenement na skalę światową. I mam tu na myśli jakąkolwiek uroczystość w Polsce. Święta w Polsce to konsumpcja - własnych porażek, kiełbasy, wódki i wina. Moje najwcześniejsze, szczenięce wspomnienia, dotyczą (a jakże!) Świąt Bożego Narodzenia, podczas których składałem klocki Lego według zamieszczonej w opakowaniu instrukcji, natomiast starsi ode mnie, popijając wódkę, "dyskutowali". W związku z powyższym, obraz świąt mam nieco zaburzony - rodzina w takich chwilach ulegała dla mnie polaryzacji - ja, w swej dziecięcej naiwności, starałem się zrobić coś konstruktywnego, natomiast rodzice, wujostwo itepe, upijali się gołdą, rozbierając na części pierwsze polityczną scenę. Biorąc pod uwagę, że przekaz własnych racji oraz ich rozumienie, traciły na wartości w miarę opróżniania kolejnych kieliszków, natomiast, emocje i werwa rosły, gdzieś pod koniec montowania śmigła na moim nowym policyjnym helikopterze, w salonie wybuchała  bełkotliwa wrzawa, a przeciwstawne obozy ruszały do otwartego ataku. Rzeczowe argumenty uważano za zbędne.

Patrząc na to co zaszło 11 Listopada, ogarnia mnie uczucie, że w Warszawie doszło do podobnego upojenia, lecz w skali makro. W przeciwieństwie jednak do skacowanych zazwyczaj krewnych, którzy na drugi dzień prosili o wyrozumiałość i odrobinę ciszy, wszystko zwalając na mitycznego "o jednego za dużo", obawiam się, że do kaca w przypadku niektórych polityków nie doszło, i Święto Niepodległości, trwa nadal, w najlepsze. 

A może, nie mamy już do czynienia ze świętem, tylko na naszych oczach narodził się nowy Festiwal? 
Aż, korci mnie żeby dodać - przelicznych kiepskich kabaretów...