poniedziałek, 27 lutego 2012

Killer dishwashers from outer space

Nauczyłem się dzisiaj obsługiwać zmywarkę. Umiejętność błaha lecz w szerszej perspektywie, dostarczająca mi doznań naprawdę transcendentalnych – oto bowiem po raz kolejny zapanowałem nad maszyną, a czymże jest historia ludzkości niż pasmem produkcji i zmagań się z coraz to bardziej skomplikowanymi maszynami. Począwszy od zaostrzonego kamienia, którym praprapra(pra)pradziad garbował jakąś zawszoną skórę, przez topór, który pradziadowie, wbijali sobie w plecy, a na satelitach kończac, ludzkość ułatwia sobie życie – jednocześnie niezmiernie je komplikując.  Zmywarka ma zmywać za nas naczynia, to fakt. Wystarczy chcieć. Co jednak gdy nasze wybory na tym się nie kończą? Albowiem, nie wystarczy wdusić pojedynczego przyciska, trzeba jeszcze wybrać odpowiedni program i dolać takiego niebieskiego płynu co to niby pieni się i nadaje połysk. Który przycisk, jaki program, ile płynu? To nie są łatwe pytania. Czy Eco, gdy chcemy być Eko, czy Rapid, gdy nam się śpieszy? Jak ułożyć talerze, aby woda omyła je z każdej strony i nie pozostały te okropne zaschnięte resztki, na samym obrzeżu? Jak umieścić garść widelców aby nie chrzęściły przez najbliższą godzinę? Czym umilić sobie oczekiwanie na końcowy efekt – filmem raczej nie, muzyką też, bo sprzęt cokolwiek huczy… Te i inne pytania zaprzątają mi teraz głowę. Podobno zmywarka wzięła na swoje białe, laminowane barki część mojej pracy. Wcale nie czuję, żeby było mi przez to odrobinę lżej…

Ach, i jeszcze można na mnie głosować w SFINKsie! Co na to zmywarka? Mruczy: szumszumszumszum.

środa, 25 stycznia 2012

Cztery razy NIE.

„Cztery pory mroku”, z wydawnictwa Fabryka Słów, to zestaw dziesięciu opowiadań z kręgu ogólnie przyjętej grozy. Akcja każdego z nich ma miejsce w kraju Wujka Sama za Wielką Wodą a klimat od razu kojarzy się z twórczością Stephena Kinga. Jednakże, dzięki Bogu, Paliński NIE kopiuje mistrza, NIE produkuje zamulającej sztampy, NIE sili się na amerykański tani blichtr. Od zbioru wieje pomysłowością, wspaniałym pisarskim stylem, krwistym językiem i wieloma jeszcze, całkowicie pozytywnymi aspektami wśród których NIE znajdziecie nudy i wtórności.

sobota, 17 grudnia 2011

24H

Po dwudziestu czterech godzinach spędzonych w pracy ciurkiem pisanie czegoś bardziej skomplikowanego niż lista zakupów na święta przychodzi z trudem. Trzeba jednak pisać, ponieważ czasu brak, a brak czasu jako usprawiedliwienie dla zaniechania to chyba najgorszy rodzaj usprawiedliwienia pod słońcem. Brakiem czasu ludzie usprawiedliwiają wiele rzeczy, a potem - dup! - dziwią się samym sobie, jak to im się wszystko popieprzyło. Kompletny truizm, prawda? Czemu jednak tak powszechnie eksploatowany?

Zawsze uważałem, że na pewnym etapie pisanie staje się obowiązkiem i tak należy je traktować, obowiązkowo. Wyznaczyć sobie konkretne godziny, ilość słów na dzień - to nie jest nic nowego, wielu łapiących za pióro tak właśnie postępuje - problem leży w kwestii następującej: kto w tym obowiązku wytrwa. Ja miałem ostatnio kłopoty z dyscypliną. Układ zmiennych w moim życiu, układ gwiazd, wpływ złych sił, można to nazwać jak tam sobie chcemy, w każdym razie, coś mi rzucało kłody pod nogi. Teraz to się zmienia.

Ukończona powieść "Twoje oczy rejestrują śmierć" oczekuje na decyzję wydawcy, kolejna "Schorzenie" chyli się ku końcowi. Zbiór opowiadań - zaplanowany. To tyle w kwestii postanowień noworocznych.

Jestem z tego powodu szczęśliwy. Chciałem się tą radością w możliwe najszczerszy sposób podzielić.

piątek, 9 grudnia 2011

Chin up!

Strona przeszła lifting. Wojciech A. Rapier, facet, który odnalazł mnie w sieci i założył fanowską stronę dał mi do zrozumienia, że mój blog w dotychczasowej formie, nie nadąża za czasem i oczekiwaniami. Być może i teraz niewiele się w nim poprawiło (co będę starał się zmienić), jednakowoż, w moim przekonaniu, nie nadąża on teraz z pewną, powiedzmy sobie, klasą; co więcej, cały czas przyśpiesza. Poprzedni "visage" można było o kant dupy potłuc - na samo wspomnienie jeżą mi się włosy na głowie. Jeżeli oficjalny blog oddaje mój szacunek do czytelników i vice versa, to cieszę się, że nie spłonąłem na stosie. Mea culpa. Biorę się do roboty.